|
OPOWIADA PIŁKARZ: - Podczas meczu stadion ryczał, dudnił, dopingował jak oszalały. Dostawaliśmy skrzydeł. Maracana? Nie. Stadion Gwardii w Białymstoku. Tak było kiedyś, dziś już mało kto o tym pamięta. W latach 80. na punkcie Jagiellonii Białystok kibice kompletnie zwariowali. W 1986 r. "Życie Warszawy" pisało o jednym z wesel w białostockiej restauracji Grodno: "Pierwszy toast wzniesiono za zwycięstwo piłkarzy Jagiellonii, drugi za awans do I ligi, a dopiero po trzecim kieliszku rozległo się tradycyjne gorzko, gorzko...". Wówczas Międzyzakładowy Klub Sportowy Budowlanych "Jagiellonia" był już popularny w całej Polsce. Na mecze na stadionie w Białymstoku regularnie przychodziło ponad 20, a często nawet 30 tysięcy kibiców. Na wyjazdach spotkanie z udziałem "Jagi" wywoływało dwa razy większe zainteresowanie niż inne mecze. WŁOSY DĘBA, CIARKI PO PLECACH 18 marca 2001. Inauguracja rundy wiosennej III ligi w Białymstoku. Jagiellonia gra z Pelikanem Łowicz. Z głośników, na melodię disco polo, słychać specjalnie napisany hymn na cześć białostockiego klubu: "Tu nad Białką, nie nad Wisłą Jagiellonia gra o wszystko Jagiellonia gra o wszystko Już sześćdziesiąt kilka lat. Jaga była, jest i będzie My pójdziemy za nią wszędzie My pójdziemy za nią wszędzie I będziemy śpiewać tak: Jagiellonia, Jagiellonia Każdy dobrze o tym wie Jagiellonia na boisku strzela bramki tak, jak chce". Zimny wiatr nie odstrasza kibiców. Otulają szyje żółto-czerwonymi szalikami w klubowych barwach. Stadion wypełniony prawie po brzegi. Blisko trzy tysiące osób, więcej się nie zmieści. Ale to i tak rekord jak na zespół występujący w III lidze. Białostoczanie wygrywają z Pelikanem 3:0. Tak jak kilkanaście lat temu wygrywali co tydzień, zapewniając sobie w fenomenalnym stylu awans do ekstraklasy. 9 sierpnia 1987 r. Inauguracja pierwszoligowego sezonu na stadionie Gwardii w Białymstoku. Jagiellonia musi wynajmować ten obiekt, bo na jej stadioniku nie pomieści się 35 tysięcy kibiców, a tylu właśnie zgromadziło się na pierwszym meczu "Jagi" z Widzewem Łódź. "Niedziela, godz. 12. Przed bramami stadionu Gwardii czeka już prawie dwa tysiące kibiców. Godz. 13. Rozpoczynają swoją pracę kasy. W ciągu kilkunastu minut stadion wydaje się pełny. Na chwilę przed rozpoczęciem meczu stadion wygląda jak wielka beczka z ciasno poukładanymi w niej śledziami. Kibice są wszędzie. Wiszą na zegarze boiskowym, na rusztowaniach. O zatarasowanych przejściach i schodach nie warto wspominać. Godz. 17. Zaczęło się. Takiej atmosfery jak podczas tego pojedynku może pozazdrościć każdy stadion" - pisał wtedy katowicki "Sport". - Kiedy wychodziliśmy na murawę, ciarki przechodziły nam po plecach, a włosy stawały dęba. Podczas tego meczu cały stadion ryczał, dudnił, dopingował jak oszalały, a my w pierwszej połowie nie schodziliśmy z połowy rywali. Dostawaliśmy skrzydeł. Chciało się grać - wspomina jeden z bohaterów tamtych czasów napastnik Jagiellonii Jacek Bayer. CHUSTECZKAMI ROZPĘDZIĆ MGŁĘ Najpierw Polska usłyszała o juniorach Jagiellonii. W 1981 r. drużyna, w której grali stryjeczni bracia Dariusz i Jacek Bayerowie, Mariusz Lisowski, Andrzej Ambrożej, Jarosław Bartnowski, Jarosław Michalewicz i Dariusz Czykier, wywalczyła pierwszy w historii medal na mistrzostwach kraju juniorów (srebrny). Jej trener Ryszard Karalus miał talent do wyszukiwania zdolnej młodzieży. Ilu jego wychowanków zrobiło piłkarską karierę, nie tylko w klubach polskiej ekstraklasy, nie dałoby się policzyć na palcach obu rąk. Jednak warsztat trenerski Karalusa, jak podkreśla wielu fachowców, kończył się, kiedy trzeba było podjąć pracę z seniorami. Dlatego nie byłoby sukcesów Jagiellonii bez trenera Janusza Wójcika i jego asystenta Mirosława Mojsiuszki (dziś prezes klubu). O pierwszym z nich do dziś krążą legendy. Niektórzy mówią, że trener rodem z Warszawy zaimponował wszystkim "na prowincji". - Pojawił się jako wielki światowiec. Miał kontakty, znajomości. Był stanowczy. Potrafił nawet działaczy złapać za gębę i wydusić z nich pieniądze na zespół. Dlatego też miał poważanie wśród piłkarzy. Bardzo o nas dbał, ale kiedy trzeba było, potrafił nas dokładnie opier... - mówi jeden z piłkarzy, nie chcący ujawniać swego nazwiska. Wójcik został trenerem Jagiellonii 1 stycznia 1986 r. Ten sezon II ligi, choć rozpoczęty fatalnie, białostoczanie zakończyli na trzecim miejscu, mając wiosną serię dziesięciu spotkań bez porażki! - Po rundzie wiosennej 1986/87 powiedziałem, że za rok gramy o awans. Wtedy wszyscy działacze powiedzieli, że Wójcik jest szalony. Nagle ludzie z lasu mieliby grać w ekstraklasie? - opowiada były trener reprezentacji Polski. Kibice jednak uwierzyli w słowa Wójcika. W rundzie jesiennej sezonu 1986/87 na pierwszy mecz z Sandecją Nowy Sącz przyszło osiem tysięcy widzów. Na każdy następny - kilka tysięcy więcej. O atmosferze wokół ostatniego meczu jesieni z Igloopolem Dębica gazety pisały: "Niedzielny poranek. Zero Celsjusza. Białystok spowity mgłą. Z odległości trzech kroków ledwo widać czerwoną czapkę dyżurnej ruchu. Na peronie ogromny ruch. Na stadionie tłum. 27 tysięcy kibiców z całego regionu stara się chusteczkami rozpędzić mgłę, żeby zobaczyć ostatni mecz ukochanej Jagiellonii. Koniec rundy jesiennej...". BALETMISTRZ Z WARSZTATEM Opowiada Janusz Wójcik: - Zimą 1986 r. dowiedziałem się, że Jagiellonia jest w bardzo trudnej sytuacji po rundzie jesiennej. Wiedziałem, że jest nawet zawiązana pewna spółdzielnia, która chce ten zespół spuścić do trzeciej ligi. Dlaczego więc podjąłem pracę w Białymstoku? Wcześniej w Hutniku Kraków otarłem się o awans do ekstraklasy, ale zawodnicy sprzedali decydujące mecze. Nie chcieli grać w I lidze. Do Białegostoku jechałem z nadzieją, że może tam osiągnę wreszcie jakiś znaczący sukces. Podpisując kontrakt, wiedziałem tylko tyle, że jest biednie. I tak faktycznie było. Zimą na pierwsze zgrupowanie do Wisły jechaliśmy tak starym autokarem, że temperatura spadła poniżej zera. W Białymstoku baza treningowa była fatalna. Poszedłem do toalety, a ta wyglądała jak za czasów carskich. Potrzeby fizjologiczne trzeba było załatwiać na stojąco. Hala się sypała, szatnia obskurna, z jednym wieszakiem, a klub przecież był budowlany... - Różne legendy krążą o Wójciku. Przede wszystkim, że to baletmistrz. Jednak cokolwiek by powiedzieć, on ma naprawdę doskonały warsztat. To on przywiózł ze sobą do Białegostoku wolę walki i zwycięstwa. On tchnął w nas wiarę, że możemy grać o awans. Człowiek z Białegostoku by tego nie dokonał. On z zaściankowego klubu zrobił niemal profesjonalny. Tak zorganizował działaczy, że graliśmy wreszcie za przyzwoite pieniądze - podkreśla Jacek Bayer, piłkarz, który jeszcze jako zawodnik drugoligowego klubu rozegrał połowę meczu kadry seniorów z Cyprem. CZUBEK BUTA PIŁKARZA Wójcik zmobilizował do współpracy większość przedsiębiorstw działających wtedy w regionie. Zespół pod jego wodzą grał bardzo nowoczesny futbol. Ofensywny. Bez podziału na atak, pomoc i obronę. Zawodnicy wspominają Wójcika z błyskiem w oku. Za jego czasów nie musieli martwić się o nic, nawet w szkołach nauczyciele przymykali oczy na brak postępów w nauce. - Większość zawodników widziała tylko czubek swego buta, ale ci, którzy chcieli się uczyć, mogli to robić. Rozmawialiśmy z dyrektorami szkół, wychowawcami. Piłkarze byli traktowani ulgowo. W ten sposób także nauczyciele chcieli dorzucić swój grosik do sukcesu zespołu - opowiada ówczesny prezes klubu Janusz Szutkiewicz, który jednocześnie był dyrektorem Instalu Białystok, jednego z głównych sponsorów piłkarzy. Piłkarze często woleli sobie pobalować, niż zawracać głowę chodzeniem do szkoły. Z punktu widzenia trenera nie było to może korzystne, ale Wójcik był człowiekiem, który rozliczał tylko za postawę na boisku. - Zawodnicy lubili rozrywkę, ale ja powiedziałem im, że czas wolny mogą spędzać, jak chcą. Jeśli jednak na drugi dzień ktokolwiek nie mógł wykonywać swoich boiskowych zadań, był kasowany. A piłkarze wiedzieli, że ja nie rzucam słów na wiatr. Jagiellonia słynęła z tego, że fizycznie jest znacznie lepiej przygotowana niż inne drużyny. Zabiegała rywali szczególnie w końcówkach meczów. Nie wszyscy byli ładni i grzeczni, ale ze wszystkimi dawałem sobie radę - opowiada Wójcik. Dlaczego jednak kiedy zespół awansował już do ekstraklasy, nie odnosił tak wielkich zwycięstw jak w II lidze? - Jeszcze przed pierwszoligowym sezonem na turnieju w Skarżysku-Kamiennej pokonaliśmy Widzew, Legię, ŁKS, ale w lidze zabrakło nam chyba głodu sukcesu, odwagi, pieniędzy na wzmocnienia. Graliśmy takim składem, jakim wywalczyliśmy awans. Może miałem zbyt mało doświadczenia? - zastanawia się dziś Wójcik. Po słabym początku sezonu 1987/88 Wójcik przestał pracować w Białymstoku. Dziś podobnie jak działacze zaprzecza, że został wyrzucony. Wielu jednak twierdzi, że był bardzo niewygodny dla prezesów. Często ich poniżał. - Nigdy nie pozwalaliśmy sobie na to, by Wójcik robił nam dyktat. Byliśmy zbyt poważnymi ludźmi. Kiedy zaczął nam rozkazywać, odszedł stąd - mówi Szutkiewicz. Po chwili zastanowienia dodaje: - I może to jest jego wada. Podobnie jak w Jagiellonii - on do tej pory nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej. Jednak przez długi czas znakomicie się z nim dogadywaliśmy. Rozstaliśmy się w zgodzie. SZYBKI KONIEC KARIERY - Wójcik oprócz wszystkiego dobrego, co zrobił dla klubu, wprowadził też wśród piłkarzy kult pieniądza. Później zawodnicy nie wyszli na tym najlepiej - uważa były prezes Jagiellonii. Po odejściu Wójcika Jagiellonia pod wodzą Mojsiuszki jeszcze całkiem nieźle grała. Dwa pierwsze sezony skończyła na ósmym miejscu. W 1989 r. wystąpiła w finale Pucharu Polski (już bez Mojsiuszki, choć to on wprowadził zespół do finału) z Legią Warszawa, przegrywając 2:5. Później było już tylko gorzej. Po tym meczu z zespołu odeszli podstawowi zawodnicy. Jak dziś twierdzi Szutkiewicz, przewróciło się im w głowie, żądali za dużo pieniędzy. Rok po ich odejściu Jagiellonia była z powrotem w II lidze, a prezes nie miał już nic wspólnego z klubem. Wyjechał do pracy na Węgry. Zawodnicy skarżą się dziś, że nikt wtedy nie chciał podjąć z nimi rozmów o pozostaniu w Białymstoku. - Nikt z nas nie chciał stąd odejść. W 1989 r. miałem dostać mieszkanie jeszcze za stary kontrakt. W nowym kontrakcie zaproponowano mi śmieszne pieniądze, a kiedy go nie podpisałem, został mi odebrany także przydział na mieszkanie. W Widzewie, do którego odszedłem, już na wstępie zaproponowano mi dwa razy więcej niż kwota, o której w Białymstoku nie chciano nawet rozmawiać - wspomina Jacek Bayer. Piłkarze rozjechali się po Polsce, a ci, którzy zostali, nie byli w stanie zapewnić Jagiellonii utrzymania. Ci jednak, którzy odeszli, także nie zrobili zawrotnych karier - oprócz Dariusza Czykiera, który na dłużej zagrzał miejsce w Legii, wszyscy szybko wrócili do Białegostoku i grali lub do dziś grają na okręgowych boiskach. - Dlaczego? Może zabrakło w stosunku do nich twardej ręki. Ci zawodnicy mieli talent, ale może zbyt silnie byli związani z tym regionem. W izolacji może nie umieli się odnaleźć. Rozumieli się jako kolektyw - tłumaczy Wójcik. MOŻE DO II LIGI? 17 marca 2001. Stadion Jagiellonii przy ul. Jurowieckiej. Słychać gwar, zgiełk. Niczym przed 15 laty na Gwardii. Niestety, to już nie kibice, którzy rozprawiają o kolejnym meczu ligowym. Próżno tu szukać żółto-czerwonych szalików... Boisko, bo trudno ten obiekt nazwać stadionem, jest ukryte wśród setek stołów, cerat, ławek, blaszaków, na których porozkładane są warzywa, ryby, kapcie, ubrania, śruby. A kłótnie dotyczą nie tego, ile dziś wygra Jagiellonia, ale tego, za ile co komu sprzedać. Zresztą czasem trudno nawet zrozumieć. Taka tu mieszanka wschodnich języków. - Obecna sytuacja jest bardzo trudna. Mamy 1,2 mln długu wobec urzędu skarbowego i ZUS. To jednak nie nasza wina. Na bieżąco z budżetem radzimy sobie bardzo dobrze m.in. właśnie dzięki temu targowisku wokół boiska. Długi pozostały po poprzednich zarządach. Przeszłości nie jesteśmy w stanie naprawić. Liczę jednak, że za trzy lata Jagiellonia-Wersal Podlaski [tak brzmi obecnie oficjalna nazwa zespołu - red.] może być jednym z najlepiej zorganizowanych klubów w Polsce. Może uda się nawet wejść do drugiej ligi - mówi Mojsiuszko. Długi, o których wspomina prezes, można by spłacić z transferów zawodników, jakich dokonano w ostatnich dziesięciu latach. Można by, gdyby działacze z lat 90. nie roztrwonili pieniędzy na takie gwiazdy dzisiejszej ekstraklasy, jak Tomasz Frankowski z Wisły Kraków, Marek Citko i Mariusz Piekarski z Legii, Daniel Bogusz z Widzewa, Jacek Chańko z Pogoni, Bartosz Jurkowski z Orlenu czy Piotr Matys ze Stomilu. |