Historia - kibice

Wspomnienia uczestnika wyjazdu na mecz barażowy o II ligę
Wisła Płock - Jagiellonia, rok 1975



Wyjazd został zorganizowany przez jednego z pierwszych ,,kibiców" Jagiellonii, śp. Tadeusza Wiśniewskiego (w latach sześćdziesiątych zawodnik najlepszej jedenastki regionu Włókniarza Białystok). Mecz w Płocku był ostatnią szansą dla Jagiellonii by liczyć się w walce o awans do II ligi. Przegrana oznaczała koniec, zwycięstwo przedłużało szansę, gdyż o awansie zadecydowałby bezpośredni mecz z prowadzącą w grupie barażowej Wisłą Tczew.

Wiśniewski postanowił na to, ważne spotkanie zorganizować grupę kibiców, która byłaby w stanie w Płocku dopingować Jagiellonię. Spotkał mnie na basenie Gwardii i namówił na ten wyjazd. Dlaczego miałem nie pojechać? Było ciepło, człowiek nudził się, a tutaj okazja aby urozmaicić sobie życie.

Starania zakończyły się sukcesem, gdyż udało się załatwić dwa autokary, na które znaleźli się chętni. Podróż, w którą wyruszyli sympatycy Jagiellonii minęła bardzo spokojnie, a głównym tematem rozmów było czy Zawiślan i spółka będą w stanie pokonać Wisłę z Płocka. Po dotarciu na stadion grupa fanów Jagiellonii diametralnie zmalała, okazało się, że wielu kibiców z Białegostoku odłączyło się i rozsiadło się małymi grupkami wśród miejscowych.

Wielu się przestraszyło, wtedy milicja na stadionie to była rzadkość, o ochronie nie wspomnę, a my przecież siedzieliśmy wśród miejscowych kibiców. W razie jakiejś draki można było oberwać. Ostatecznie około czterdziestu osobowa grupa znalazła sobie miejsce na jednym z sektorów wśród miejscowych kibiców. Na stadionie w Płocku było dużo widzów, coś około sześciu tysięcy. W momencie gdy rozległ się gwizdek sędziego białostoczanie rozpoczęli doping.

Wtedy w Płocku nie było widać zorganizowanej grupy kibiców, ani słychać dopingu. Jednak w momencie gdy zaczęliśmy śpiewem zagrzewać do boju Jagiellonie (w sumie to śpiewaliśmy głównie jedną piosenkę w kółko ,,Jagiellonia wygra mecz, Jagiellonia wygra mecz, Jagiellonia dzisiaj wygra mecz'') praktycznie wszyscy którzy siedzieli pod nami odwrócili się i zaczęło się - ,, a takiego ch...." i zaczęli pokazywać nam słynnego ,,tu się zgina dziób pingwina". Na początku konsternacja - wydawało się, że tłum z dołu na nas ruszy, jednak nagle ktoś zarzucił ,,Jagiellonia wygra mecz ..." i tak już zostało do końca dopingowaliśmy ,,biało-czarnych" przez całe 90 minut, a oni odwdzięczyli się nam świetną grą.

Samo spotkanie było jednym z lepszych jakie rozegrał prowadzony przez trenera Banię zespół w walce o II ligę. Chyba mecz życia w barwach Jagiellonii miał Ryszard Karalus, który poprowadził swoich kolegów w tym spotkaniu do zwycięstwa. Ostatecznie ci, którzy zawitali do Płocka mogli cieszyć się z udanej wyprawy i zwycięstwa.

Po meczu obawialiśmy się, że miejscowi kibice którzy odgrażali się nam przez cały mecz mogą nas zaatakować, jednak nic takiego się nie wydarzyło i wróciliśmy spokojnie do domu. A zaraz zaraz... Nie tak do końca, przecież przed Choroszczą nasz kierowca autobusu oznajmił, że pojazd dalej nie pojedzie, bo coś się zepsuło (chyba kombinował na benzynie). Tak wiec z Choroszczy na piechotkę dotarliśmy już do Białegostoku.

Oto co napisała białostocka prasa o kibicach Jagi po tym spotkaniu ,,Co znaczy dobry doping doskonale dowiodła mała grupa białostockich kibiców w Płocku" - Gazeta Białostocka 11-12-13 VII 1975 rok.

wspomnienia spisał:
Zygmunt